Drezno

W tym roku postanowiliśmy ominąć rodzinne, nieco przytłaczające święta i wyjechać na kilka dni. Nie chciałam by podróż z Krakowa trwała więcej niż kilka godzin, zastanawialiśmy się więc nad trzema miastami: Bratysławą, Wiedniem i Dreznem. Wybór padł na Drezno :). Jego niezaprzeczalnym atutem jest dojazd - od początku do końca autostradą i tylko 5-6 godzin. Z logistycznego punktu widzenia wybraliśmy bardzo dobrze oszczędzając sobie poniedziałkowego powrotu zakopianką :). A. Niemcy uwielbia i wielokrotnie podkreśla, że mógłby tam mieszkać, Drezno przypadło mu więc do gustu. Miasto jest piękne, aczkolwiek w moim odczuciu nieco małe :). Za to cudownie zielone i Helga na pewno byłaby tam szczęśliwa.

Mamy w swoim weekendowo-podróżniczym zwyczaju płacić dużo za hotel (jeździmy jednak odpoczywać, a odpoczywać lubimy ładnie), a później niesamowicie niezdrowo i tanio odżywiać się na miejscu. I tak poza hotelowym śniadaniem w naszym drezdeńskim menu królowały: wszelkiego rodzaju niemieckie słodycze i przekąski niedostępne w Polsce, kebaby, fast foody i... wursty. Biały wurst to jednak nie jest to co Iv. lubi najbardziej, powiedzmy więc, że dominowały one w wyżywieniu A. Dwie wurstpotrawy rozbawiły mnie jednak niesamowicie: wurstsalat (w barze monachijskiego Paulanera) oraz Die Original VW Currywurst (dodatkowo z VW Ketchup, w szklanej fabryce Volkswagena) - że nie zamówiliśmy tej drugiej będę chyba żałować do końca życia (nie wiem jak wy, ale ja wyobrażam sobie kiełbaskę ze znaczkami VW :). I właściwie tyle mogę napisać o drezdeńskiej kuchni :).

Oczywiście trochę też pozwiedzaliśmy. Jak to zwykle bywa głównie na nogach oraz dla odmiany busem, w którym nic a nic nie rozumieliśmy, ponieważ wersja angielska mocno szwankowała, a nasza znajomość niemieckiego jest jednak bardzo uboga. Ogólnie miałam wrażenie, że jesteśmy jednymi z nielicznych zagranicznych turystów w mieście (turystów krajowych było mnóstwo). Zrobiliśmy bardzo mało zdjęć (A. zabrania robić widokówek). Do większości atrakcji nawet nie weszliśmy - za to fabrykę VW zwiedziliśmy wszerz i wzdłuż z przewodnikiem :). Nic mnie już dawno tak nie zmęczyło :).

Mieliśmy ambity plan zakupowy, Niemcy zaskoczyły nas jednak dniami wolnymi od pracy i zamkniętymi sklepami już w Wielki Piątek (z rzeczy kuchennych udało mi się jednak kupić 3 piękne słoiki). Co ciekawe w Dreźnie nie czuło się klimatu Wielkiej Nocy. Żadnych dekoracji, nic wyjątkowego też się nie działo. Gdyby nie kolorowe jajka na śniadaniu i zamknięte sklepy właśnie, nawet nie zauważylibyśmy, że są święta.

Baaaardzo odpoczęliśmy i o to głównie chodziło (nie pamiętam już kiedy tak dużo spałam). Nikt nas nie polał wodą. Nie przejedliśmy się, ani nie wynudziliśmy. Takie świąteczne krótkie i bliskie wyjazdy wpiszemy już na stałe w naszą małą rodzinną tradycję. A następnym razem obiecuje odżywiać się bardziej niemiecko i o niemieckiej kuchni też coś napisać ;).

1 komentarze:

cukrowa wróżka pisze...

Zazdroszczę!
Kiełbaska ze znaczkami volskwagena - to dopiero burżuazja! :]
przedostatnie zdjęcie jest prze-cu-dow-ne!!

Blog Widget by LinkWithin