Samosy

W kuchni indyjskiej wielbię dwie rzeczy, które mogłabym jeść codziennie i do końca życia: naan na tysiąc sposobów oraz samosy właśnie. Niestety w Krakowie, według mojej opinii, nie ma ani jednej przyzwoitej (nawet przyzwoitej!) restauracji indyjskiej. Kiedyś na ul. Szpitalnej istniał polsko-indyjski (prowadzony przez takie właśnie mieszane małżeństwo) twór o nazwie Kuchnie Świata (a może Dookoła Świata? ktoś pamięta?). Uwielbiałam tą knajpę i jej piec tandoori :). Niestety upadła (a może przeniosła się do innego miasta?), choć myślę, że na własne życzenie: zaczynali od potraw wegetariańskich i główne indyjskich (choć menu zmieniało się bardzo często), później nie wiedzieć czemu dołożono sushi, a na końcu dania z kurczakiem - i powstało takie nie wiadomo co... i przestało istnieć. A szkoda. Naan nadziewany curry z kalafiora śni mi się do dziś :(. W każdym razie: pozostaje gotować samemu i wszędzie poza własnym miastem polować na indyjskie restauracje. Od dziś samosy robię więc sama. I Wam też polecam.

Poniższy przepis, kolejny z książki Mangoes and curry leaves, kończy mój tydzień indyjski, choć wiele jeszcze chciałabym ugotować. Ale Wielkanoc, wiosna, nowalijki, wiele rzeczy do wypróbowania... Od czasu do czasu pomęczę Was jednak jeszcze potrawami z rejonu (może w niedzielę uda się zrobić naan :), a jutro napiszę też parę słów o książce.

SAMOSY
16 sztuk

ciasto
1 szklanka (140g) mąki pszennej - moje ciasto zbytnio się kleiło, dodałam 50g więcej
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka nasion kopru włoskiego
2 łyżki oleju roślinnego lub oleju z surowego sezamu
niecała 1/2 szklanki ciepłej wody
nadzienie
500g ziemniaków
2 łyżki oleju roślinnego
1/2 łyżeczki czarnej gorczycy - użyłam zwykłej
1/2 łyżeczki kurkumy
2 łyżki (3-5 ząbków) rozgniecionego czosnku
1 szklanka (z 1 dość dużej) drobno posiekanej cebuli - u mnie czerwona
2 zielone papryczki chili - dostałam tylko czerwone, użyłam 1 sztuki
1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego (opcjonalnie)
1 łyżeczka soli
(lub soli do smaku)
1/4 szklanki posiekanej kolendry, mięty lub pietruszki (opcjonalnie)
1 szklanka świeżego lub mrożonego groszku (opcjonalnie) - u mnie brak
dodatkowo: mąka do podsypywania, olej z orzeszków ziemnych do głębokiego smażenia

ciasto
Mąkę (zacznij od 1 szklanki, resztę mąki dodawaj w miarę zagniatania) wymieszaj z solą i nasionami kopru włoskiego. Dodaj olej, zamieszaj, następnie wlej wodę, ponownie wymieszaj i przełóż na blat. Wyrabiaj przez 5 minut, aż ciasto będzie gładkie. Przygotowane ciasto zawiń w folię spożywczą i odstaw na minumum 30 minut (maksymalnie 3 godziny). W międzyczasie przygotuj nadzienie.

nadzienie
Ziemniaki umyj i umieść w garnku z zimną wodą, doprowadź do wrzenia i gotuj (nieobrane) do miękkości. Odcedź, włóż z powrotem do garnka, szczelnie przykryj i odstaw na 20 minut. Ostudzone ziemniaki obierz ze skórki, rozgnieć widelcem lub praską (niektóre odmiany ziemniaków, te mniej mączne, łatwiej po prostu pokroić w drobną kostkę). Odstaw.
W rondlu o grubym dnie rozgrzej olej. Wrzuć gorczycę i smaż przez 20 sekund (uwaga może pryskać!), zmniejsz ogień do średniego, dodaj kurkumę i czosnek, smaż przez kolejne 30 sekund. Dodaj cebulę i smaż do miękkości. Na końcu wrzuć chilli i pieprz kajeński (opcjonalnie), dodaj ziemniaki i podgrzewaj ciągle mieszając, aż wszystkie smaki połączą się, a chilli zmięknie. Jeśli chcesz użyć groszku - dodaj go na samym końcu (na 2 minuty przed końcem smażenia). Gotowe nadzienie przełóż do miski i odstaw do ostygnięcia. Chłodne dopraw solą i jeśli używasz, wmieszaj zioła.

Przygotuj sobie miseczkę z woda. Ciasto podziel na 2 części. Każdą połowę podziel na 4, a następnie na 8 kawałków (najłatwiej to zrobić formując z ciasta wałek). Każdy skrawek ciasta cienko rozwałkuj w owalny kształt (podsypując mąką wedle potrzeby). Ciasto powinno być elastyczne i łatwo rozciągać się. Brzegi zwilż wodą. Na środku szczodrze ułóż łyżkę ostudzonego nadzienia, boki ciasta złóż (ja składam jak sakiewkę, sklejam, a potem nadaję pierożkom trójkątny kształt, z kolei książka podaje niesamowicie skomplikowany sposób składania, który pominę). Każdą gotową samosę przełóż na tacę wyłożoną papierem do pieczenia lub obsypaną mąką. Gdy wszystkie pierożki są gotowe odstaw je bez przykrycia na 30 minut (ciasto nieco wyschnie, ale tak właśnie powinno być).

W rondlu rozgrzej olej do 160-175 stopni (lub po prostu jak na pączki). Smaż samosy z dwóch stron po kilkadziesiąt sekund, aż lekko zarumienią się. Nie wkładaj zbyt wielu na raz, aby nie obniżać zbytnio temperatury tłuszczu. Wyciągaj łyżką cedzakową na ręcznik papierowy. Podawaj gorące lub ciepłe (aby podgrzać samosy, np. na następny dzień, po prostu wrzuć je na rozgrzany olej na kolejne 30 sekund lub owiń je w folię aluminiową i wstaw na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 150 stopni).

I chociaż samosy to w kuchni indyjskiej raczej przekąski lub przystawki (przepis podaje, że 18 sztuk to porcja dla 6 osób :), ja mogę je jeść w dużych ilościach w ramach obiadu czy kolacji.

Idealnie pasują do nich sosy na bazie jogurtu (raita) lub pomidorów (chutney), o nich już jednak innym razem.

Smacznego!

4 komentarze:

viridianka pisze...

a na Szerokiej znasz? byłam tam dwa razy z Siostrą i podobało nam się, smacznie i miło :)

Paula pisze...

przepis wydaje się pracochłonny, ale efekt z pewnością to rekompensuje :)
pozdrawiam

Bareya pisze...

Witam. Smacznie tu u Ciebie. Przysiądę się jeśli można. pozdrawiam

Bareya pisze...

naan, parathy, chapati, samosy i ichniejsze curry to coś co bardzo lubię. Kuchnia tajską i indyjską cenię sobie bardzo za niesamowita aromatyczność.

Blog Widget by LinkWithin