Łopuszna
Kraków i ryby, czyli daleko od morza
PiekielnikWiedzę o sklepach rybnych w Krakowie czerpię od swojego ojca, który zna chyba wszystkich sprzedawców ryb w tym mieście oraz wyciągam z obsługi, gdy (rzadko, ale jednak czasem zdarza się) jemy ryby w restauracji. Naszym ulubionym sklepem jest właśnie ten przed Selgrosem (na zewnątrz budynku, nie trzeba mieć karty sklepu by tam kupować). Poza rybami świeżymi, znajdziecie tam też nieco owoców morza i bardzo bogatą ofertę (REWELACYJNYCH) ryb wędzonych oraz śledzi. Ryby kupujemy też w Makro. Według obsługi tego sklepu na zakupy warto wybrać się w czwartek. Dowolny gatunek ryby oraz owoce morza możecie zamówić także w Likus Concept Store na Rynku Głównym. O ile dobrze sobie przypominam, dawno tam nie byłam, zamówienia złożone do wtorku realizowane są w czwartek.
Czwartek jak widzicie to dzień magiczny w krakowskim świecie rybnym. W mojej ulubionej rybnej restauracji w karcie dań także jest napisane, że krewetkową zupę tajską zamawiać można tylko od czwartku do niedzieli. Nigdy nie odważyłabym się zamówić ryby w restauracji w środę. W środę też nie kupiłabym ryby w żadnym supermarkecie. I chociaż czasy, gdy ryby do Krakowa dowożone były jedynie we wtorki i w czwartki, dawno minęły, a obecnie dostawców jest trzech (ryby przywożone są codziennie), to w dalszym ciągu czwartek jest najważniejszy.
A jeśli znacie jeszcze jakieś godne polecenia rybne miejsca w Krakowie lub na południu Polski podzielcie się proszę ze mną tą wiedzą, skorzystam na pewno.
Smacznego!
Dożynki gminne i początek końca sezonu grillowego
Gminne dożynki w tym roku odbyły się w naszym sołectwie, czyli w Rdzawce. Gościliśmy także sołectwo Ponice i sołectwo Chabówka. Oczywiście to były pierwsze moje dożynki w tym miejscu: naprawdę nie pamiętam by coś takiego odbywało się tu, gdy byłam dzieckiem i przyjeżdżałam na wakacje. Tradycja to więc nowa, a i zaskakująca niezwykle, jeśli wziąć pod uwagę, że tylko Henio ma we wsi ciągnik i od czasu do czasu kosi. Reszta nic nie uprawia poza przydomowymi ogródkami (choć mogę się tu mylić - wieś nasza duża jest, a i ja nie znam prawie nikogo). Dziękowanie za plony jest jednak u nas nieco przesadzone :).
Ale wesoło było :). Lokalne kapele góralskie uprzyjemniały nam czas występami. Gospodynie z 3 sołectw karmiły domowymi przysmakami (darmowymi, więc ciężko było się dopchać :) - największa kolejka stała do straganu z Chabówki, mniemam więc, że tam karmią najlepiej w regionie... Poza tym piwo, wódka i mróz. Oraz straż z OSP Rdzawka, którą miałam przyjemność pierwszy raz zobaczyć z bliska i nieco się przeraziłam :).
Zaskoczyło nas, że ponad połowa gości przywdziała stroje góralskie. Ładnie to wyglądało i aż chciałoby się coś takiego oglądać na codzień. A. odmawia jednakże zakupu góralskich portek... Szkoda. Góralskich spodni nie przywdziewa też mój wujek, jedyny z naszej rodziny, który ciągle mówi gwarą, ale twierdzi, że góralem nie jest, a poza tym taki przyodziewek jest drogi, dlatego nigdy go nie kupił i nie kupi. Wujek ten, zwany przez nas wszystkich Chłopem, był prawdziwym powodem naszego pojawienia się na dożynkach. Otóż we wsi naszej działa chór Adoramus i Chłop tam śpiewa. To chór kościelny, a że my do kościoła nie chodzimy, specjalnie pojawiliśmy się na dożynkach razem (ja, A., Róża i tato), coby wujka posłuchać, jak śpiewa ludowe piosenki. Chłop oczywiście musiał nam się schować za najwyższą dziewczyną, ale dopadliśmy i jego z aparatem, co widać poniżej. Piknie śpiewoli, piknie.

A teraz o grillu i sezonie grillowym, który zaczął się u nas w maju. Aż wstyd mi, że wcześniej nic na ten temat nie napisałam, bo w tym roku grillowaliśmy dużo: w każdy weekend, a nawet i częściej. Grill to jednak impreza towarzyska, a mi głupio tak jakoś przy ludziach fotografować jedzenie :). Tym razem się przemogłam i napiszę choć trochę o tym, co na grillu przyrządzaliśmy.
Głównie jedliśmy wołowinę :). Kupujemy steki z udźca - argentyńskie lub polskie (tych jednak nigdy w sklepie, ale bezpośrednio u rzeźnika). Może to mało partyjotyczne, ale wołowina argentyńska jest nieporównywalnie lepsza (ale niestety dużo droższa), naprawdę warto jej spróbować lub kupić choć raz na specjalną okazję. I tutaj właśnie zaprezentuję nasz sposób na steki:
Najpierw mięso polewamy oliwą i posypujemy mieszanką grubo mielonych przypraw (suszony czosnek i cebula, pieprz, papryka, chilli), nie solimy (!), ponieważ wołowina od soli twardnieje (nie dajcie się też nabrać na sole zmiękczające). Następnie mięso można lekko rozbić, my używamy jednak specjalnego narzędzia, które przerywa włókna i jednocześnie wbija składniki marynaty w mięso; cały proces widać na zdjęciu poniżej.
Zamarynowane mięso wkładamy do lodówki na kilka godzin lub na całą noc, a następnie grillujemy. Sukces zależy tu od grilla. Używamy zwykłego, węglowego Webera z pokrywą, którego udaje się bardzo mocno rozgrzać. Temperatura wewnątrz grilla jest bardzo ważna, musi być bardzo wysoka, aby mięso szybko ścięło się na zewnątrz, szybko doszło w środku i pozostało soczyste, miękkie, a nie suche i gumowate :). Naczelnym grillmanem, jak na mężczyznę przystało, jest oczywiście A. Steki grillujemy z pokrywą przez 3-5 minut z każdej strony, w zależności od pożądanego stopnia wysmażenia. Z uwagi na moją niedawną ciążę i obecne karmienie, steki w tym roku robiliśmy w wersji well done, w przyszłym sezonie na pewno będą dużo bardziej krwiste.
Na zdjęciach powyżej widać też mój ukochany Naan, upieczony w piekarniku i podgrzany na grillu, przez co zyskał nieco drzewnego aromatu, co bardzo mu służy.
W tym roku grillowaliśmy także pstrągi, łososie i jednego jesiotra, a także boczek, kurczaka i mnóstwo kiełbasy. Może zdążę jeszcze coś wam zaprezentować we wrześniu, chociaż wieczory są już bardzo zimne i wiem, że to już koniec naszych późnych kolacji na zewnątrz :(.
A na deser grillowany banan :).
Drezno
Wakacje, wakacje.... i konkurs....
I tak, tutaj byliśmy rok temu:

A tutaj się wybieramy:
W ten weekend trochę też gotowaliśmy w związku ze wspominkami wakacyjnymi. Zrobiliśmy kilka rzeczy, które jedliśmy na wakacjach roku 2009: wieprzowinę w mango, naany Hassana (czyli szefa dań wegetariańskich w naszym hotelu), banany zapiekane w sosie waniliowym (za długo piekliśmy i nie wyszły :) oraz zupełnie nie wakacyjnie: sernik z bananami w karmelu Roberta Sowy (nad którym trzeba trochę jeszcze popracować panie Robercie!). I... nie mam żadnego zdjęcia :). A. zaprosił znajomych a I. wstydziła się fotografować przy ludziach :). Ale naany i sernik na pewno jeszcze upiekę jak tylko wrócę, wszystko więc przed wami :).
Tęsknijcie i bawcie się dobrze! :)


